Zagrożenie porodem przedwczesnym?

Zagrożenie porodem przedwczesnym?

Ciąża po prostu idealna- każdej kobiecie bym takiej życzyła! Zero mdłości, wymiotów, od niczego mnie nie odrzuciło. Zero żylaków, opuchlizn, rozstępów… Mogłam być aktywna fizycznie do pewnego czasu, bo po jakimś czasie ginekolog stwierdziła, że muszę przystopować. Mały rozwija się bardzo dobrze- duży chłopak! Na badaniach prenatalnych też wszystko w porządku.

22.08- wizyta u ginekologa

 

Malutki ma tętno 180…

No i dostałam skierowanie do szpitala na KTG, bo niewiadomo czy to z tego powodu,  że się poruszył, czy już mam skurcze, a może coś z serduszkiem… Ginekolog uspokajała mnie, że w szpitalu zrobią mi tylko badanie i wypuszczą do domu.

Dzwonię do męża- on chyba bardziej wystraszony ode mnie… No nic- jadę do szpitala, cała się trzęsę. Boje się, choć jestem dobrej myśli, że mnie wypuszczą od razu, bo czuję, że te wysokie tętno było spowodowane po prostu ruchami Malucha.

 

Przyjeżdżam do szpitala na Izbę Przyjęć…

 

Tam mówią mi:

że jak już mam skierowanie do szpitala to tak O! mnie nie wypuszczą…

Mąż jechał po moje rzeczy a ja cała przerażona poszłam na KTG i badanie. Oczywiście okazało się, że wszystko jest w porządku, ale muszę zostać na  obserwacji, skoro stwierdzona była tachykardia płodu…

No to nic- idę na patologię ciąży z nadzieją, że za góra dwa dni wyjdę…

 

  • 1 dzień (wtorek)– czuję się jak w więzieniu. Z moich doświadczeń z dzieciństwa po prostu szpitale źle mi się kojarzą… No ale mówię sobie, że jestem tu dla naszego dziecka.

 

  • 2 dzień (środa)- badanie i usg. Już w 33 tygodniu ciąży okazuję się, że Mały waży 2500g. Lekarz w szoku, że ja taka drobna a takie duże dziecko. Wracam na salę z nadzieją, że jutro już wyjdę, skoro nikt mi nic nie powiedział. No to czekamy do rana na wypis 😉

 

  • 3 dzień (czwartek)- wizyta lekarzy i nagle jeden z nich mi mówi, że mam wielowodzie… Nawet nie zdążyłam zareagować, zapytać, po prostu mnie zatkało. Od tego porannego obchodu do wieczornego, co chwilę płakałam… Do tego jeszcze co chwilę nie było lekarza i nie mogłam o nic zapytać… Strach- czym to może być spowodowane? Powodów mnóstwo. Przecież może to grozić przedwczesnym porodem… Jedną mam nadzieję, że to przez to, że Malutki jest taki duży…

 

Godzina 20.00 przychodzi lekarz na obchód, więc w końcu pytam:

  • „Czym może być spowodowane to wielowodzie?”

A on do mnie:

  • „Ale Pani nie ma wielowodzia, wody są na granicy normy”.

Po prostu nie wierzę… To ja od rana martwię się, bo jeden ginekolog mówi mi, że mam wielowodzie, a wieczorem przychodzi inny i mówi, że nie…

 

  • Dzień 4 (piątek)- mam nadzieję, że już będę mogła wyjść… Jednak nie, bo muszę zostać na obserwacji w razie jakby ilość wód poszła w górę. Jeżeli tak, to czeka mnie amnioredukcja. Zostaję na pewno na cały weekend i tu kończy się już moja nadzieja.

 

  • Dzień 5 (sobota)– jak co rano robią nam wszystkim KTG- i co? Okazuje się, że mam regularne skurcze, których w sumie nawet nie czuje, no ale biorą mnie od razu na badanie. Na szczęście na tym się skończyło. Jednak ze względu na to, że to 33 tydzień ciąży podają mi lek na zmniejszenie ilości skurczy i zastrzyk, dzięki któremu szybciej rozwiną się pęcherzyki płucne u Małego w razie przedwczesnego porodu.

 

  • Dzień 6 (niedziela)- leżę i przyjmuję leki. Jestem podłączoną do KTG na tym szpitalnym łóżku. Łóżko jest tak niewygodne, że cała twardnieje, ledwo co się wysypiam.

 

  • Dzień 7 (poniedziałek)- skończyłam przyjmować leki. Idę na badanie i usg. Mam nadzieję, że już dzisiaj wyjdę… Badania zostają zrobione, Malutki w tydzień przytył 300g! Jejku ten to rośnie jak na drożdżach 😉 Niestety zostaję, nikt mi nic nie mówi… Mam nadzieję, że już może w końcu jutro będę mogła wyjść…

 

  • Dzień 8 (wtorek)– poranny obchód- MOGĘ WYJŚĆ! Lekarz mówi, że już nie będziemy niczego powstrzymywać, jak ma być tak będzie. Mały jest już w sumie duży i mogę spokojnie urodzić… Dzwonię do męża: WYCHODZĘ!

 

Wyszłam…

 

I popłakałam się.

Przez cały tydzień leżałam tam w strachu, że w każdej chwili mogą mnie wziąć na salę porodową i Karolek będzie wcześniakiem. Cały tydzień przebywałam z kobietami, które miały gorsze problemy ode mnie.

Płakałam, bo byłam wdzięczna, że tak dobrze się to skończyło.

Płakałam, bo ciężko mi było wrócić do zwykłej bezstresowej, domowej codzienności.

Płakałam, bo byłam wymęczona- te niewygodne łóżko, które sprawiało, że rano wstawałam cała obolała i tak naprawdę cały dzień w szpitalu polegał na tym, że jadłam, kładłam się, jadłam, kładłam się, czasami trochę pochodziłam po korytarzu, ale ileż można?

Płakałam, bo jakbym tego dnia miała rodzić własnymi siłami to ich po prostu nie miałam! Ledwo chodziłam, ledwo dałam radę umyć i wysuszyć włosy. Ja? Aktywna osoba? Po prostu się załamałam…

Teraz już zaczęłam 38 tydzień i się zastanawiam czy to wszystko było potrzebne. Czy gdyby Mały nie poruszył się wtedy i tętno byłoby w normie, to czy naprawdę mogłabym wcześniej urodzić? Czy był mi potrzebny ten strach?

I jeszcze jedno:

w ciąży nigdy do końca nic nie wiadomo. Jest dobrze, a nagle świat się nam powoli wali, bo wyszły jakieś czynniki na które tak naprawdę nie mamy wpływu…

I cieszę się, że Karol postanowił, że jeszcze poczeka 🙂

 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *