Niechciane dzieci…

Niechciane dzieci…

        Co jeśli dzieci nie mają tyle szczęścia w życiu? Zostają porzucone? Których domem są tzw. państwowe instytucje? Jak to jest być nimi, co one czują? Czy lepiej, że są w domach dziecka  niż miałyby mieć nieszczęśliwe życie z rodzicami?

        Nigdy państwowe instytucje nie zastąpią nam prawdziwej rodziny, choć często zastanawiano się jak w miarę życie takiego dziecka znormalizować. Za czasów studiów sama miałam okazję sprawować opiekę nad takimi dziećmi i nie było to łatwe przeżycie. Jednego dnia dziecko potrafiło przytulić się do Ciebie i powiedzieć, żebyś nie odchodziła, że Cię bardzo lubi. Na drugi dzień idąc tam z radością w sercu, że coś w nim tknęło, ono rzuca w Ciebie koszem na śmieci. Niestety dużo zawartych w tym tekście wiadomości jest prawdą, którą mogę potwierdzić z autopsji.

Historia rumuńskich sierocińców

       Opowiem Wam teraz pewną tragiczną historię dzieci z rumuńskich sierocińców (może przez niektórych znaną), która choć może trochę nakreśli skalę wpływu porzucenia dzieci na ich dalsze życie.

       Nicolae Ceauşescu, komunistyczny dyktator, postawił jasny cel: 25 milionów Rumunów. Sam Nicolae był synem awanturnika i pokornej matki. Głodował i to był jeden z powodów dla których zrezygnował z chodzenia do szkoły. W wieku niecałych jedenastu lat opuścił rodzinny dom w celu poszukiwaniu jedzenia. Pewnego dnia powiedział swojej siostrze: „Będę rumuńskim Stalinem!” I też tak się stało. Stał się barbarzyńcą wobec tych, którzy nie mieli szans na obronę, czyli dzieci. Wszystko po to, żeby zwiększyć przyrost naturalny. Chciał odbudować kraj po wojnie i stworzyć idealną, wierną mu populacje.

      Już w październiku 1966 r.,  Nicolae zaczął wprowadzać serię przepisów delegalizujących aborcję. Dekret 770 bezwarunkowo zakazywał usuwania ciąży a nieprzestrzeganie go wiązało się z wieloletnim więzieniem. Określona w nim była nawet liczba urodzeń. Każda kobieta przed ukończeniem czterdziestego roku życia musiała urodzić co najmniej czworo dzieci, później zwiększono tą liczbę do pięciorga. Przez dwadzieścia trzy lata obowiązywania Dekretu w Rumunii urodziło się ponad dwa miliony niechcianych dzieci. Macierzyństwo stało się obowiązkiem państwa.

      Żadna martwiąc się o dobro dziecka i jego przyszłość matka nie zachodziłaby w ciążę tak często z swojej własnej woli. Nikt na te dzieci nie czekał, nikt nawet nie nadawał im imion. Kobiety porzucały dzieci, bo nie były w wstanie zapewnić im odpowiednich warunków do życia. Głównie do sierocińców trafiały niepełnosprawne niemowlęta a potem już i zdrowe, tam oznaczano je numerami.

      Stan domów dziecka był daleki od dzisiejszych standardów. Dzieci były traktowane jak zwierzęta hodowlane. Nie miały odpowiednich warunków do rozwoju, a bardzo często również nawet nie miały co jeść. Potrzeby fizyczne, potrzeby emocjonalne zostały zignorowane. Silne dzieci często wykazywały przemoc wobec tych słabszych. Wiele z nich było zarażonych wirusem HIV.

      Kiedy rewolucja się skończyła, światowa prasa odkryła w sierocińcu przerażające obrazy: dzieci niepełnosprawne z końskimi kończynami przywiązanymi do swoich łóżek, dzieci z krzyżowymi oczami, które nie mogły chodzić, niedożywione niemowlęta pozostawione bez nadzoru. Szopki z prętami metalowymi, małe trupy ułożone w piwnicach.

      We wczesnych latach 90. zachodnie organizacje charytatywne i organizacje pozarządowe przybyły do Rumunii z dostawami kocy, mleka w proszku i zabawek. Wiele dzieci zostało zaadoptowanych przez zachodnich rodziców.

       Psychologowie przyjeżdżający na miejsce zaczęli badać to, co dzieje się z zinstytucjonalizowanymi dziećmi, którym odmawia się normalnych relacji międzyludzkich. Badania psychologów  pokazały, że dzieci adoptowane przed czwartym miesiącem życia nie różniły się od innych szczęśliwych dzieci, jednak już dzieci adoptowane po 8 miesiącu wykazywały zachowania przestępcze.

      Jeden z dorosłych już dzieci wychowujących się w  rumuńskich sierocińcach,  zdecydował, że chce studiować aktorstwo, by pomogło mu to, jak sam stwierdził: dowiedzieć się, jak kontrolować emocje, jak lepiej poznać siebie, innych ludzi wokół siebie i to jak powinny wyglądać relacje. Zarówno on i jego bracia nie założyli rodziny. Badania pokazują, że dziecko, które nie miało szans na miłość, czasem nie potrafi pokochać, jeśli często zmieniało miejsca „zamieszkania”.

Ważne, ale smutne fakty

     Długoletnie obserwacje dzieci oderwanych od opiekunów czy pozbawionych ciągłej, prawidłowej opieki ze strony jednej osoby ukazują, że brak lub zerwanie we wczesnym etapie życia bliskiej relacji dziecka z dorosłym powoduje negatywne, często nieodwracalne skutki dla rozwoju.

     Anna Freud w latach 20. długotrwale obserwując dzieci ewakuowane z bombardowanego Londynu i umieszczanych w Hampstead War Nurseries dowiodła, jak ważna z perspektywy rozwoju emocjonalnego dziecka jest obecność matki. Z badań wynikało, że lepiej dla ciągłości rozwoju dziecka jest bycie z matką, nawet w bardzo trudnych warunkach, niż zyskanie fizycznego bezpieczeństwa bez opieki matki.

      Niestety te smutne i przykre historie pokazują jak my rodzice jesteśmy ważni dla naszych dzieci, które już w pierwszym roku życia, jeżeli mają zapewnione bezpieczeństwo, ich system nerwowy pięknie się rozwija. Natomiast w odwrotnym przypadku nasze mechanizmy radzenia sobie ze stresem szwankują.

     Dzieci z niestabilnych rodzin mają kłopoty z pozytywnym reagowaniem na bodźce, uspokajaniem się i zwalczaniem stresu a co za tym idzie regulacją emocji. Niemowlę już na podstawie najwcześniejszych doświadczeń, u którego wytworzył się bezpieczny styl przywiązania, dzięki naszej pomocy, ma pewność, że w stresujących sytuacjach jego rodzic będzie dostępny i pomoże mu poradzić sobie ze stresem. W odwrotnej sytuacji, kiedy dziecko nie ma tego poczucia bezpieczeństwa, nie traktuje ono rodzica jako źródła pociechy i pomocy w radzeniu sobie ze stresem a relacja ta nacechowana jest gniewem, nieufnością, niepokojem i strachem.

     Rodzina to najlepszy model dla dziecka, nic nam jej nie zastąpi. Dzięki nam dziecko rozwija swoje poczucie wartości, wie ile dla siebie znaczy. Jest pełne zaufania do otaczającego je świata i może zachwycać się wszystkim co dzieje się dookoła niego. Warto, więc dziecku towarzyszyć od pierwszych chwil życia aż do dorosłości, sprawić, że wychowanie będzie relacją a nie tylko korygowaniem i poprawianiem. Każde maluszek przychodząc na świat chce być kochany. Tak jak w związku odkrywamy jak kochać partnera będąc jednocześnie sobą, tak samo jest z naszymi dziećmi. Tego jak je kochać tak naprawdę uczymy się z dniem narodzin, bo przecież przed ich przyjściem na świat  nie wiemy jak będą chciały być kochane i jak będą kochać nas.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *